
Suzuki to taka moja zaprzyjaźniona marka. Tyle lat się znamy, że spokojnie mogę powiedzieć, iż jesteśmy motoryzacyjną rodziną. Kiedyś nawet ukazywało się wydawnictwo „Suzuki Family”, a że zdarzało mi się do niego pisać, mój sentyment do tej marki nikogo nie powinien dziwić.
Od dłuższego czasu czekałem na elektryczną eVitarę. Samochody już przyjechały, trwają ostatnie formalności, więc pewnie niedługo któraś będzie chciała się ze mną zaprzyjaźnić.
Tymczasem telefon z Suzuki.
– Mamy prawdziwą nowość. Limitowana wersja Suzuki S-Cross Fuji.
Zaskoczenie. Limitowane wersje nie trafiają się przecież codziennie. Biorę.

Suzuki S-Cross Fuji wygląda bardzo znajomo. Ciekawy pastelowy lakier Savanna Ivory, dedykowany specjalnie dla tej wersji, może się podobać. Czarne klamki, czarne relingi i czarne felgi dobrze kontrastują z jasnym nadwoziem.
Największym wyróżnikiem jest jednak tabliczka „Fuji”. Prawdziwa sygnatura tej limitowanej wersji. Tego nie da się przeoczyć. Tyle zmian odkryłem od razu. Na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka. Może wnętrze kryje jeszcze jakieś niespodzianki? Jeszcze ich nie widzę. Widzę za to przebieg – 13 kilometrów.
Nie kłamali. To naprawdę fabrycznie nowy samochód, który właśnie zabiorę na swoją pierwszą wycieczkę. I wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl.
Przecież nie ma sensu po raz kolejny opisywać tego samego samochodu. O S-Crossie pisałem już kilka razy. Czytelnik, który będzie chciał poznać jego wyposażenie, osiągi czy dane techniczne, bez problemu znajdzie moje wcześniejsze testy.
Test: Poznajemy Suzuki - S-Cross czy Vitara ?
Test: Suzuki S-Cross SP - 2024 Test

Dobrego samochodu nie poznaje się jednak wyłącznie po liczbie schowków, pojemności bagażnika czy czasie przyspieszenia do setki. Poznaje się go po tym, jak towarzyszy nam przez cały dzień. Czy pomaga realizować spontaniczne pomysły. Czy pozwala skupić się na tym, dokąd jedziemy, zamiast na sobie. Pomyślałem, że tym razem właśnie tak go sprawdzę. Praktycznie co tydzień gdzieś wyjeżdżam, a że po drodze trafiają się miejsca, które stają się moimi małymi odkryciami, może warto zacząć się nimi dzielić?
Najpierw trzeba wybrać cel. Plan jest prosty. Wypić kawę w klimatycznym miejscu. Może pałac. Może zamek. A może coś zupełnie innego. Szybka konsultacja z AI. Milion propozycji. Wygrywa Muzeum Norwida w Dębinkach.
Na zdjęciach pałacyk wygląda bardzo zachęcająco. Na stronie internetowej informacja, że muzeum jest otwarte, ale trwa reorganizacja. Wolę upewnić się telefonicznie. Tak. Otwarte. A przy okazji dowiaduję się, że po południu odbędzie się koncert fortepianowy. W dodatku całkowicie bezpłatny. Gdyby ktoś chciał, może nawet skorzystać z darmowego transportu z Warszawy.
My jednak mamy Suzuki. I całe popołudnie przed sobą. Do Dębinek jest niespełna pięćdziesiąt kilometrów. Rzut beretem. Z Warszawy szybko wyjeżdżamy trasą ekspresową. Później pojawiają się odcinkowe pomiary prędkości, więc tempo trochę spada. Szkoda, bo nawet ze swoimi 110 końmi mechanicznymi S-Cross całkiem sprawnie nabiera prędkości. Po chwili zjeżdżamy na lokalne drogi. To lubię najbardziej. Można pokręcić kierownicą. Można pobawić się biegami, bo w moim egzemplarzu pracuje manualna skrzynia.

Po drodze zawsze znajdzie się coś ciekawego, ale prawdziwe odkrycia mają dopiero nadejść. Jesteśmy na miejscu. Ogromny teren. Miło, że można wjechać samochodem do środka.
Zastanawiam się tylko, czy to pałac, czy jeszcze dwór. Skoro ulica nazywa się Pałacowa, chyba jednak pałac. Pałac w stanie... jak mawiają pośrednicy nieruchomości... „do remontu”. I rzeczywiście. Remont trwa.
Do koncertu zostało jeszcze sporo czasu, więc spokojnie zdążymy zwiedzić muzeum. Wchodzimy. Miła niespodzianka. Brak biletów. Jeszcze większa niespodzianka. Norwida... właściwie nie ma. Muzeum Norwida bez Norwida. Brzmi przewrotnie.
Jest trochę współczesnych prac artystów. Jest klimat. I chyba właśnie on zostaje z odwiedzającym najdłużej. Nie jestem znawcą twórczości Norwida. Kojarzy mi się z tajemniczością, determinacją i pewnym mrokiem. Tyle mi wystarczy, żeby dobrze poczuć to miejsce. Po remoncie będzie tu naprawdę pięknie.

Na razie największe wrażenie robią sufity. Zwłaszcza tam, gdzie już są. Patrzę na nie i zaczynam się zastanawiać, czy czegoś podobnego nie zrobić kiedyś u siebie.
Obok stoją dwie oficyny. Z zewnątrz już prezentują się świetnie. W środku jest prąd, światło i mnóstwo przestrzeni. Reszta przyjdzie z czasem.
Pałac czeka jeszcze na nową elewację. Mam przeczucie, że długo czekać nie będzie. Później przyjadą eksponaty. Można je już obejrzeć wirtualnie. Ale to nie dla mnie. Ja muszę zobaczyć. Dotknąć. Poczuć.
Historia tworzy się na naszych oczach. Pałac już zobaczyliśmy. Szkoda tylko, że nie ma jeszcze kawiarni.

Na koncert wrócimy później. Teraz czas znaleźć kawę. Do takich spontanicznych wypraw S-Cross nadaje się idealnie. Takie autko-przyjaciel. Zwłaszcza z napędem 4x4. Wjedzie wszędzie. A co ważniejsze – zazwyczaj również bez problemu wyjedzie.
Poszukiwanie kawy prowadzi nas do kolejnego pałacu. Tym razem w Chrzęsnem. Nawet nie wiedziałem, że istnieje taka miejscowość. Pałac zamknięty. Ale na terenie trwa jakaś impreza. No to zaglądamy. Okazuje się, że to wystawa poplenerowa artystów ceramików. Artystyczna dusza od razu poczuła się zaproszona. Nie wszystkie prace zrozumiałem.

Ale robaczki były urocze. Chciałem je kupić. Niestety nie udało się znaleźć autorki. Zostawiłem więc ofertę przez internet. Jeżeli się nie odezwie... będą inspiracją do zrobienia własnych.
Nasz czas w Chrzęsnem dobiega końca. Trzeba wracać. W Dębinkach czekają. A jak ktoś czeka, nie wypada go zawieść. Na wąskich, krętych drogach S-Cross czuje się bardzo dobrze. Nie jest demonem prędkości. Ale jedzie dokładnie tak, jak oczekuję. Spokojnie. Przewidywalnie. Bez zbędnych komplikacji.
Wracamy. I nagle okazuje się, że miejsce zupełnie się zmieniło. Jeszcze chwilę temu było pusto. Teraz pojawili się goście. Trochę jak w dawnych dworach. Przyjechali na popołudniowy recital.
Całość prowadzi starszy pan w kapeluszu. Nie rozpoznaję go. Mam słabą pamięć do twarzy. Koncert rozpoczynają Magdalena Snarska i Joanna Zaucha. Podobno śpiew pojawia się tylko wyjątkowo. Wygląda na to, że znowu mieliśmy szczęście.

Słucham. Patrzę. Nie wiem, co bardziej mnie fascynuje. Muzyka czy mimika śpiewaczki. Może właśnie rodzi się nowy meloman. Chyba tu wrócę, gdy śpiew znów pojawi się w programie. Na razie nie widzę takiej zapowiedzi na najbliższy miesiąc.
Później na scenie pojawia się Jerzy Zelnik. Jego rozpoznaję od razu. Pierwszy występ robi na mnie ogromne wrażenie. Drugi już trochę mniejsze. Ale cały dzień i tak zostanie w pamięci.
Dębinki. Moje nowe odkrycie. Ukryta perełka. Internet kusi zdjęciami pałacu. Miejsce podbija serce swoim klimatem. Miała być wyprawa na kawę.
Kawy nie było.
Było Muzeum Norwida bez Norwida.
Był koncert. Były przypadkowo odkryte Chrzęsne. I okazało się, że niczego więcej nie było potrzeba.
Czas wracać do Warszawy. Dopiero w drodze powrotnej dotarło do mnie, że właśnie odbyłem jeden z najciekawszych testów Suzuki. Nie dlatego, że zmierzyłem spalanie, policzyłem schowki czy sprawdziłem przyspieszenie. Przez cały dzień praktycznie nie musiałem myśleć o samochodzie. Po prostu robił swoje. Woził. Nie przeszkadzał. Pozwalał skupić się na tym, co naprawdę było celem tej wyprawy.

I chyba właśnie po tym poznaje się naprawdę dobry samochód.
Nie po katalogu.
Nie po tabeli z danymi technicznymi.
Tylko po tym, że wieczorem wraca się myślami do miejsc, ludzi i wydarzeń. Samochód nie walczy wtedy o rolę głównego bohatera. Po prostu pozwala przeżyć dobry dzień.
I właśnie dlatego zapamiętuje się go najlepiej.
Taki właśnie okazał się Suzuki S-Cross Fuji.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor