Auto w Pracy

Slideshow Image

Małe jest piękne. Nie pamiętam już, kto był autorem tego powiedzenia ani co dokładnie miał na myśli, ale z pewnością można je odnieść do nowego Renault Clio. Przyzwyczaiłem się, że Francuzi potrafią zaprojektować auto z klasą. Pomimo tego nowe Clio zaskoczyło mnie urodą. Koniec z nudą, prostymi powierzchniami i upodobnianiem się do innych aut. Samochód jako dzieło sztuki? Forma tego auta zmierza w tę stronę. Głębokie przetłoczenia, przejścia profili i dbałość o szczegóły składają się na kształt, który może konkurować w kategorii rzeźba.

Nowe Clio zmieniło się diametralnie. Na dobrą sprawę można byłoby się zastanawiać, czy zakres zmian nie uzasadniałby nowej nazwy. Chyba że traktować nazwę Clio jako zarezerwowaną dla aut Renault w segmencie B. Rozmiary faktycznie pozostały podobne. Długość 4053 mm, szerokość 1988 mm i wysokość 1440 mm. Różnice liczone są w milimetrach. Wygląd już całkiem inny. Samochód wyostrzył rysy. Ostre krawędzie nadały mu drapieżności, aż się prosi, aby wróciła kilkusetkonna wersja RS.

Wnętrze też zmieniono, ale tu już nie jestem tak zaskoczony. Owszem, w porównaniu do poprzedniej wersji zmiany są ogromne, ale są to zmiany, których się spodziewałem. Nowy design Renault zawędrował do Clio. Jeżeli jeszcze się z nim nie spotkaliśmy, możemy być lekko oszołomieni.

Dwa dziesięciocalowe ekrany z mnóstwem kolorowych informacji otaczają kierowcę. Wrażenie jest spotęgowane tym, że wszystko umieszczono na dość małej powierzchni, co wynika z gabarytów auta. Mam skojarzenie, jakby to była kabina pilota odrzutowca, a nie samochodu. W porównaniu z poprzednią wersją to spory przeskok technologiczny. Jeśli przesiadka następuje ze jeszcze starszej generacji Clio, można wręcz mówić o rewolucji. Wygląda supernowocześnie, ale nie ma problemu z opanowaniem techniki. Da się to całkiem szybko ogarnąć, przynajmniej w zakresie pozwalającym na bezpieczną jazdę.

Zanim do tego przejdę, jeszcze kilka słów o designie nowego Clio. Francuzi potrafią zaskoczyć odważną stylistyką. Czasem jest to całkowite łamanie schematów, innym razem zaskakujący detal potrafiący zdominować nasz odbiór. Tu wkomponowano ciekawy kolorystycznie element w deskę rozdzielczą.

Zamiast jednolitego koloru zastosowano fakturę o zmiennej barwie.

Materiał przechodzi na boczki drzwi z podświetlanym elementem 3D. Niby drobiazg, ale potrafi oczarować.

Oczywiście kolor podświetlenia możemy wybrać w panelu oświetlenia ambiente. To tylko próbka możliwości, jakie znajdziemy w ustawieniach. Cyfrowy zestaw wskaźników pozwala złożyć własną kompozycję informacji, z których chcemy korzystać. Podobnie jest z centralnym wyświetlaczem. Podłączenie telefonu i korzystanie z własnych aplikacji to już chyba standard, więc można przejść dalej.

Kolejny poziom to ustawienia pojazdu. Tu trzeba spokojnie pobawić się na postoju. Trochę czasu może to zająć. Znajdziemy tu całkiem poważne sprawy wpływające między innymi na bezpieczeństwo, chociażby wybór systemów wspomagania.

Na tym poziomie znajdziemy też funkcje o mniejszym znaczeniu użytkowym. Samochód może nas witać sygnałem dźwiękowym, animacją ekranów albo oświetlać drogę po jego opuszczeniu. Drobne sprawy, a cieszą.

Przeznaczeniem samochodu, nawet najpiękniejszego, jest jeżdżenie i czas sprawdzić, jak z tą funkcją radzi sobie nowe Clio. Tu trzeba zdecydować, czy wybieramy wersję spalinową, dwupaliwową (benzyna + LPG) czy hybrydę.

Mój wybór to 160-konna hybryda. Zespół napędowy składa się z benzynowego silnika o pojemności 1789 cm³ oraz silnika elektrycznego. Całość rozwija moc 160 KM. Zapowiada się ciekawie, bo masa własna auta wynosi 1316 kg. Powinno przełożyć się to na bardzo dobre osiągi. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 8,3 sekundy. Prędkość maksymalną ograniczono do 180 km/h (bez komentarza).

Od razu sprawdzam, co ze spalaniem. Według katalogu wynosi ono 3,9–4,1 l/100 km. Dość ambitnie. Zaciekawiło mnie, czy zmieszczę się w tych widełkach podczas realnej eksploatacji.

W takim razie czas ruszyć. Samochód ma automatyczną skrzynię biegów, co raczej nie dziwi. Manual powoli staje się wyborem indywidualistów. Za chwilę może się okazać, że większość kierowców nie będzie już potrafiła z niego korzystać. Takie czasy – wygoda na pierwszym planie.

Pierwsze kilometry przejechałem w kategorii „samochód w mieście”. Clio idealnie pasuje tu rozmiarem. Zwinne autko sprawnie wykonuje manewry, a gdy trzeba zaparkować, nie potrzebuje wiele miejsca. Pomagają w tym kamera cofania i czujniki. Dla mniej wprawnych lub bardziej leniwych jest jeszcze system samoparkowania.

160 KM mocy też przydaje się w miejskim ruchu. Na osiedlowych uliczkach nie wykorzystamy pełnego potencjału, ale przy włączaniu się do ruchu czy zmianie pasa dobrze mieć taki zapas.

Spalanie? To będzie zależeć od tego, jak korzystamy z naszych mechanicznych koni. Mnie udaje się je okiełznać przy apetycie poniżej 6 l/100 km. Mógłbym zejść do poziomu 5 l/100 km, ale kosztem dynamiki. Oszczędności postanowiłem poszukać na lokalnych drogach.

Poziom 4,5 l/100 km jest u mnie normą. Tak właśnie jeżdżę – tryb Comfort, czasem trochę Sport. Wygodnie, bez stresu.

Tryb Eco nie jest dla mnie, ale i bez niego potrafię zejść sporo poniżej 4 l/100 km. W drugą stronę limitu nie ma. Spalanie jest proporcjonalne do ilości wyzwalanej adrenaliny i tego akurat nie poddaję testowej ocenie.

Warto jednak wspomnieć o specyfice tej hybrydy. Jeśli chcemy faktycznie korzystać z pełnych 160 KM, należy wybrać tryb Sport. Auto wyraźnie nabiera wigoru i jest to odczuwalne. W trybie Comfort również nie brakuje mi mocy, chyba że chcę jej użyć gwałtownie. Wtedy pojawia się chwila zawahania. Podobny efekt zauważyłem w hybrydowej Dacii Duster. Nie dziwi mnie to, bo przecież mamy tu ten sam układ napędowy.

Było miasto, były drogi lokalne, ale czasem trzeba wybrać się w dalszą podróż. Wtedy szukamy autostrady lub drogi ekspresowej. Nie jest to ulubione środowisko hybryd, bo nie mają kiedy odzyskiwać energii. Ciekawiło mnie więc, jak zachowa się Clio.

Miła niespodzianka. Przy prędkościach od 110 do 140 km/h, w zależności od warunków, średnie spalanie z kilkuset kilometrów wyniosło 5,1 l/100 km. W pełni akceptuję taki wynik. Co prawda przy takim spalaniu nie uda się przejechać 1000 kilometrów na jednym tankowaniu, ale przecież to mój wybór. Zawsze mogę wybrać lokalne drogi i zejść poniżej 4 l/100 km.

Na zasięg i tak nie narzekam. W praktyce wychodzi mi od 800 do 900 kilometrów. Podoba mi się nowe Clio. To zgrabny i zwinny samochodzik.

Wydawałoby się, że przy takich rozmiarach bagażnik będzie symboliczny. Nie jest tak źle. 309 litrów to przyzwoity wynik, a po złożeniu oparć tylnej kanapy przestrzeń zwiększa się do 1094 litrów.

Nowoczesność ma swoją cenę. Renault Clio w najmocniejszej hybrydowej wersji przekracza kwotę 100 tysięcy złotych, ale trudno uznać te pieniądze za źle wydane. 160 KM zapewnia przyjemność z jazdy, a spalanie nie przyprawia o ból głowy. Do tego dochodzi design, który skutecznie przyciąga spojrzenia.

Jeśli księgowa zakwestionuje zakup, zawsze można powiedzieć, że to inwestycja w sztukę.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor