Auto w Pracy

Slideshow Image

Już na dojeździe do Warsaw Motor Show przywitała nas długa kolejka samochodów zmierzających w stronę targów. Nie wróżyło to niczego dobrego. W pamięci miałem poprzednie edycje, kiedy ponowna rejestracja i weryfikacja biletów oznaczały nawet kilkudziesięciominutowe oczekiwanie na wejście.

Tymczasem niespodzianka! Kolejek przed wejściem nie ma, wchodzimy praktycznie z marszu. Organizatorzy wreszcie zrezygnowali z idiotycznego systemu ponownej weryfikacji biletów, który w poprzednich latach skutecznie psuł pierwsze wrażenie. Pierwszy plus jeszcze przed zobaczeniem samochodów.

Motor Show z dużą przewagą show. Kolorowe, stuningowane samochody przyciągają wzrok, podobnie jak kilka prywatnych supercarów. Dla mnie to jednak najmniej interesująca część wydarzenia. Można pooglądać, ale ani się przejechać, ani nawet wsiąść. Często publiczność nie ma możliwości, żeby podejść bliżej.

Ja do takich imprez podchodzę bardziej praktycznie. Szukam nowości, które właśnie wchodzą na rynek, a jeszcze chętniej tych, które dopiero za chwilę pojawią się na ulicach. Szczególnie te ostatnie mnie interesują. To trochę jak zapowiedź gwiazdkowych prezentów.

Niestety w tym roku właśnie ten element okazał się najsłabszym punktem wydarzenia. Oficjalnych importerów jak na lekarstwo. Trudno więc mówić o prawdziwym święcie motoryzacyjnych premier.

Na szczęście są jeszcze Chińczycy. Może nie tak licznie reprezentowani jak podczas targów w Poznaniu, ale to właśnie tutaj znalazłem kulminacyjny punkt tegorocznego Warsaw Motor Show.

Prezentacja flagowego modelu marki GAC. GS7 PHEV robi wrażenie. Potężne nadwozie o długości 4900 mm, szerokości 1950 mm i wysokości 1780 mm, luksusowe wyposażenie i aż 496 KM mocy. Wszystko wskazuje na samochód z wysokiej półki cenowej.

A wszystko to w zapowiadanej cenie 199 900 zł.

Przy takich gabarytach, wyposażeniu i mocy trudno przejść obok tej kwoty obojętnie. Chińskie marki po raz kolejny pokazują, że potrafią namieszać na rynku. Pozostaje pytanie, jak GS7 wypadnie w praktyce. Na razie pierwsze wrażenie jest bardzo dobre.

Po luksusowym GAC-u warto zainteresować się jego całkowitym przeciwieństwem, czyli mikrosamochodami. Choć formalnie nie są to samochody osobowe, a czterokołowce, mogą okazać się ciekawym rozwiązaniem problemów lokalnej mobilności. Niewielkie rozmiary, łatwość parkowania i możliwość sprawnego przemieszczania się na krótkich dystansach to argumenty, których nie sposób zignorować.

Kiedyś muszę sprawdzić, jak takie maleństwo radzi sobie w praktyce.

Jest jeszcze sporo ekspozycji z akcesoriami, usługami i całą otoczką, która musi istnieć wokół motoryzacji. Ale mnie już ciągną dźwięki dobiegające z zewnątrz.

Pisk opon i zapach palonej gumy działają na każdego fana motoryzacji jak magnes. Ten punkt programu show jest zdecydowanie najlepszy. Można patrzeć na pokazy i aż chciałoby się samemu spróbować, czy aby nie wyszliśmy z formy.

Niestety tutaj nikt nam kierownicy nie odda, ale przejażdżka pokazowa na fotelu pasażera jest możliwa. To przynajmniej namiastka emocji, których nie dostarczą nawet najpiękniejsze samochody stojące za barierkami.

Na Warsaw Motor Show przyjechałem przede wszystkim dla premiery GAC GS7. Byłem ciekaw, czy za zapowiadane 199 900 zł rzeczywiście otrzymamy samochód z wyższej półki. I pod tym względem się nie zawiodłem. GS7 na żywo robi wrażenie, zarówno rozmiarami, jak i wyposażeniem.

Czy zabrakło innych premier? Oczywiście, że chętnie zobaczyłbym ich więcej, ale trudno mówić o rozczarowaniu, skoro nikt wcześniej nie zapowiadał ich wysypu.

Część widowiskowa, jak zawsze, dostarczyła sporo przyjemności. Efektowne pokazy przypomniały, że motoryzacja to nie tylko katalogi, wyposażenie i cenniki, ale również emocje.

Warsaw Motor Show z każdą kolejną edycją coraz mocniej rozbudowuje część show, wykorzystując potencjał olbrzymiego terenu Ptak Warsaw Expo. Impreza wypracowuje własny charakter. To już nie tylko statyczne targi samochodowe, ale również motoryzacyjne widowisko, w którym samochody można zobaczyć w ruchu, a nie wyłącznie na wystawowych stoiskach.

Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor