
Do tej pory chińskie auta, które do mnie trafiały, próbowały udowodnić, że są lepsze od konkurencji. Przynajmniej od tej, którą znamy. To zrozumiałe, kiedy walczy się o swoje miejsce na rynku.
Trochę Chińczyków już u mnie było, więc pierwsze oszołomienie nowością mam za sobą. Teraz można już spokojnie się przyjrzeć, ocenić i porównać stare z nowymi projektami wjeżdżającymi na rynek. Chińskie samochody jeszcze niedawno były u nas egzotyką, budzącą sensację. Zainteresowanie nadal jest, ale ludzie patrzą już inaczej — nie jak na dziwadło z cyrku, a jak na potencjalny przyszły zakup.

Jaecoo 5 jest kolejnym modelem z rodziny Omoda/Jaecoo, który mnie odwiedza. Wystarczy spojrzeć na przód auta i od razu widać, jaka to marka. Grill Jaecoo jest tak charakterystyczny, że nie da się go pomylić z innym autem. Rozpoznawalność to bardzo dobry krok do sukcesu.

Grill jest potężny. Samo auto nie jest już tak duże. Nie jest małe, ale wyraźnie mniejsze niż Jaecoo 7. Czy aby na pewno jest tu duża różnica? W sumie to tylko 12 cm długości. „Siódemka” mierzy 4500 mm, a Jaecoo 5 ma 4380 mm. Tego się nie spodziewałem. Wizualnie „piątka” zdecydowanie bardziej trafia w mój gust. Też kanciak, ale bardziej dopieszczony. Podoba mi się.

Rozmiar — OK. Dla mnie miejsca jest wystarczająco. Przynajmniej tak mi się wydaje. Pojeździmy, zobaczymy. Zapowiada się ciekawie, zwłaszcza że przyszła prawdziwa zima. Śnieg i mróz dla SUV-a nie powinny być przeszkodą.
Zaczynam od personalizacji ustawień. Telefon podłączony, fotel i lusterka ustawione. Poszło wyjątkowo łatwo. Miło, że fotel ma elektryczne sterowanie. Pełna elektryka, a przycisku do włączenia podgrzewania siedzeń nie widzę. Trochę dziwne, bo to akurat zazwyczaj jest na wierzchu. Jak nie przycisk, to jakaś ikonka na panelu sterowania. Niemożliwe, aby takiej funkcji tu nie było. Znalazłem ją w panelu klimatyzacji. Oprócz podgrzewania foteli jest jeszcze ich wentylacja. Zimą szczególnie cieszy podgrzewana kierownica.

Skoro już o desce rozdzielczej mowa, to kolejne miłe zaskoczenie. W większym modelu monitor przed kierowcą był w formie „doklejonego” tabletu. Nie do końca mi to pasowało, chociaż w praktyce okazało się funkcjonalne. Tutaj ekran wkomponowano w deskę rozdzielczą. Wygląda to bardzo dobrze, a na estetykę jestem wyczulony.
Cyfrowy zestaw wskaźników ma przekątną 8,9”, co może być nieco mylące. Przekątna się zgadza, jednak ekran jest wąski, przez co jego powierzchnia robocza nie jest duża. Nie wpływa to jednak negatywnie na funkcjonalność. Wszystkie najważniejsze informacje są czytelne i łatwo dostępne.
Więcej cyfrowych możliwości znajdziemy w głównym ekranie. Ten ma przekątną 13,2” i oferuje mnóstwo funkcji oraz ustawień. Jest się czym pobawić. Do zabawy dochodzi nawet opcja karaoke. Nie wiem, czy jest faktycznie potrzebna. Ja z niej nie korzystam, ale jeśli ktoś lubi — proszę bardzo.
Do auta podchodzę bardziej praktycznie. Samochód ma przewieźć osoby i ładunek z punktu A do punktu B. Ma zrobić to możliwie tanio i w komfortowych warunkach. Wszystko ponad to traktuję jako bonus.

Jaecoo 5 dobrze wpisuje się w takie podejście. Pierwsza sprawa to wielkość auta. Niecałe 4,5 metra długości pozwala wygospodarować naprawdę obszerne wnętrze. W części pasażerskiej jest dużo miejsca. Dla czterech osób podróż będzie komfortowa, a w razie potrzeby da się pojechać także w pięć. Bagażnik ma pojemność 480 litrów. Po złożeniu oparcia tylnej kanapy robi się z niego mała bagażówka, co w SUV-ie zawsze jest dużym atutem.

Komfort stoi na dobrym poziomie. Solidne fotele z elektryczną regulacją zapewniają wygodną pozycję za kierownicą. Klimatyzowany schowek pomiędzy fotelami to praktyczny dodatek, choć z chłodzeniem poczekam do lata. Kamery z widokiem 540° cieszą, zwłaszcza że powoli staje się to oczekiwanym wyposażeniem. Oczywiście jest możliwość podłączenia smartfona i korzystania z ulubionej nawigacji.
Kilka lat temu powiedziałbym, że takie wyposażenie to świat luksusu. Dziś staje się codziennością. Do tego dochodzi panoramiczny dach o dużej powierzchni, z odsuwaną roletą sterowaną z ekranu centralnego. Ciekawy gadżet. Na plus także nagłośnienie — przynajmniej z głośnikami Sony. Radio nadal czeka jednak na sensowną aktualizację.
Na pokładzie jest cały zestaw asystentów wspomagających kierowcę i dbających o bezpieczeństwo. Większość systemów działa w tle i wykonuje swoją pracę bez ingerencji kierowcy. Jesteśmy do nich tak przyzwyczajeni, że często nawet nie zwracamy na nie uwagi. To trochę jak z ABS-em — kiedyś synonim bezpieczeństwa, dziś oczywistość.
Wyposażenie zdecydowanie na plus. W zasadzie jest wszystko, czego potrzebuję, i jeszcze trochę. Na liście życzeń pozostają fotele z funkcją masażu. To nie ta klasa, ale nie zdziwię się, jeśli taka opcja wkrótce się pojawi. Chińscy producenci szybko reagują na potrzeby klientów.

Czas przejść do napędu i ekonomii. Jaecoo 5 ma benzynowy, turbodoładowany silnik o pojemności 1598 cm³. Generuje 147 KM mocy oraz 275 Nm momentu obrotowego. To wartości przyzwoite, plasujące się w górnej strefie średniej dla tego segmentu. W praktyce przekłada się to na poprawne osiągi. Prędkość maksymalna wynosi 190 km/h, a przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 10,2 s. Pamiętajmy jednak, że nie jest to auto wyścigowe, a uniwersalny SUV.

W zimowych warunkach przydałby się napęd 4×4, którego przynajmniej na razie nie ma w ofercie. Szkoda, bo auto ma wygląd klasycznego SUV-a i aż się prosi, aby zaatakować jakąś zaspę. Z drugiej strony napęd na cztery koła wiąże się z dodatkowymi kosztami. Pojawia się więc pytanie, czy warto je ponosić, skoro nie każda zima przynosi śnieg. Napęd FWD pozwala mi spokojnie pokonywać leśne i polne drogi. W bardziej wymagający teren nie ryzykuję wjazdu. Decyzja o wyborze 4×4 wymagałaby głębszego zastanowienia, a kluczowa byłaby zapewne wysokość dopłaty.
Przechodzimy do kosztów. Cena zakupu została ustalona na 109 900 zł w wersji Comfort oraz 129 900 zł w wersji Premium. To atrakcyjna propozycja. Oprócz ceny zakupu są oczywiście koszty eksploatacji. Najbardziej interesujące jest spalanie.

Komputer pokładowy prezentuje zużycie paliwa w dwóch wariantach. Pierwszy pokazuje spalanie od momentu ręcznego resetu. Drugi wariant prezentuje zużycie od uruchomienia silnika. Trzeba się do tego przyzwyczaić, bo w mieście, przy krótkich dystansach, wskazania często zaczynają się od nowa. Ustawiłem wariant „od uruchomienia”. Spalanie najczęściej mieściło się poniżej 8 l/100 km. Jak na SUV-a i zimowe warunki — całkiem nieźle.

Po kilkuset kilometrach przełączyłem licznik na wariant „od resetu”. Średnie spalanie wyniosło 8,3 l/100 km na dystansie 649 km. Szczerze mówiąc, trudno mi to jednoznacznie wytłumaczyć, bo wskazania chwilowe rzadko przekraczały 8 l/100 km. Sam wynik nie jest zły. Była szybsza jazda autostradą, a reszta to głównie krótkie, miejskie trasy. Zastanawia mnie jednak brak wyraźnej korelacji pomiędzy jednym a drugim wariantem wskazań.

Czas na podsumowanie. Gdyby nie dziwne wskazania spalania, ocena byłaby bardzo wysoka. Tak pozostaje drobna rysa na wizerunku, ale auto i tak przypadło mi do gustu. Podoba mi się jego klasyczny wygląd, uniwersalne rozmiary i dobre wyposażenie. Osiągi spełniły moje oczekiwania. Słabszym punktem pozostaje spalanie. Gdyby było bliższe wartościom z licznika „od uruchomienia”, czyli w okolicach 7,5 l/100 km, byłoby idealnie. Wskazanie 8,3 l/100 km z licznika „od resetu” wydaje się jednak bardziej wiarygodne.

Różnica niecałego litra nie jest dramatyczna. Rozsądna cena zakupu, zaczynająca się od 109 900 zł, w pewnym stopniu rekompensuje wyższe zużycie paliwa. Trzeba też pamiętać, że test odbywał się w zimowych warunkach, które naturalnie podnoszą spalanie. Warto byłoby to sprawdzić latem.
Tekst i zdjęcia: Dariusz Pastor